Szukaj

FATamorgana - czyli pył znad Sahary FATamorgana- saharyjski pył

FATamorgana - czyli pył znad Sahary bierze się spod kół Fat Bike! autor: Maciej Kasiński

Jeśli macie wolne pół godziny, to zróbcie sobie dobrą kawę, koniecznie z dwiema kostkami lub łyżeczkami cukru, może być też z mlekiem, a najlepiej z przyprawami, tak na styl marokański, lub jeśli jesteście zwolennikiem herbaty to z liściem mięty też na słodko, jedno i drugie koniecznie przygotowane w małej szklance. Jak już jesteście gotowi to rozsiądźcie się wygodnie, bo zabieram was w podróż po gorącej, ale magicznej Saharze. Gotowi? To zapraszam na relację z majówkowej saharyjskiej wyprawy rowerowej!

Wiem jak czuł się króliczek z reklamy Energizer, któremu zabrakło energii - jeśli żyjesz w Polskim klimacie i między październikiem, a kwietniem nie zafundujesz sobie odrobiny dodatkowych promieni słonecznych to właśnie tak :-) Gdy pod koniec marca poczułem że już mało brakuje żeby zaryć ze zmęczenia nosem o ziemię, sprawdziłem jaka jest najbliższa wyprawa, w którą można by się wybrać i zastąpić witaminę D w tabletkach oryginałem. Sahara na Fat-Bike w kwietniu! Nie zastanawiając się długo zdecydowałem że jadę! Podobnie jak przy pierwszej wyprawie na Kubę, nie znałem nikogo, poza organizatorem z ekipy z którą miałem spędzić kolejne dwa tygodnie. Okazało się że wyjazd będzie bardzo kameralny, bo oprócz świeżo upieczonego małżeństwa organizatorów (Jagody i Jacka) ma wyprawę leciało jeszcze tylko dwóch Wojtków (uff - nie będzie problemu z zapamiętałem imion). Po pięciu godzinach lotu ekonomicznymi liniami lotniczymi, w których przestrzeń na nogi sprzyja niezamierzonemu ćwiczeniu jogi wylądowaliśmy w Marrakeszu. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie pierwszy kontakt z Marokiem, nie biorąc pod uwagę odprawy paszportowej, którą tempem odbiega od standardów europejskich, nie spotkałem się z przejawami nachalności, które pamiętam choćby z Egiptu. Po krótkiej przejażdżce taksówką dotarliśmy do głównego deptaku, skąd przy pomocy tragarza z wózkiem udaliśmy się do naszego hotelu. I tutaj poczułem się jak bohater gry Uncharted, który przemierza małe, zatłoczone, kręte i wąskie uliczki starego miasta, by po kilku minutach spaceru znaleźć się na miejscu. Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu starego miasta - Mediny. Jest to istny labirynt, uliczek tak ciasnych że ledwo mijają się na nich ludzie, gdzieś pomimo tego mieszkańcy potrafią bez problemu poruszać się na jednośladach. Marokański Souk (targ) w Marrakeszu, jest istnym labiryntem którego złożoność, różnorodność i wielkość mogła być inspiracją dla twórców IKEA. Dzień zwiększyliśmy kolacją na jednym ze straganów, który w dość oryginalny sposób serwował lokalne potrawy. W czym ta oryginalność? W tym że obsługa jest otoczona z czterech stron stołami, przy których postawione są ławki, a goście zmieniają się w momencie, gdy tylko zwolni się miejsce. Wszystkiemu wtóruje wszechobecny gwar, rozmowy, śmieci, muzyka i wszędzie unoszący się zapach marokańskiej kuchni.

Droga z Marrakeszu na Saharę, a dokładnie do M'Hamid El Ghizlane to prawie 500 km, w głównej mierze przez góry Atlas, przez co droga zajmuje blisko 9h. Jestem pod ogromnym wrażeniem Dacia Duster, który dowiózł nas na miejsce po drogach, a większości bezdrożach. Jestem ciekaw czy wypożyczalnia trafi na mój artykuł, żeby dowiedzieć się co to auto przeszło :-) Po drodze na nocleg zatrzymaliśmy się w Ein Bin Haddu. Miejscu gdzie kręcono kilka większych produkcji filmowych, m. in. Indiana Jones - poszukiwacze zaginionej Arki. Tym razem przechadzając się po uliczkach nuciłem sobie motyw przewodni z filmu i czułem się niczym Harrison Ford, odgrywający jedną z najlepszych swoich ról.

Następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę na południe. Krajobraz stawał się coraz bardziej surowy, więc mogę darować sobie opisy niczym w "Nad Niemnem", i napisać że im dalej jechaliśmy tym było bardziej piaszczyście. Zieleń pojawiała się coraz rzadziej i w głównej mierze znajdowała się w oazach i wioskach przez które przejeżdżaliśmy. W miejscowości Zagora zatrzymaliśmy się na obiad, gdzie m. in. zamówiłem sok z awokado? Genialny wynalazek, który będę próbował powtórzyć po powrocie do domu - tak gęsty że słomka stała w nim dęba. Kolejne godziny w aucie nie różniły się zbytnio od poprzednich do momentu, w którym samochód skręcił z asfaltowej drogi i niczym w rajdzie Paryż-Dakar pędziliśmy przez pustynne szutry. W miejscowości M'Hamid El Ghizlane na rondzie skręciliśmy w lewo, przejechaliśmy po moście nad wyschniętym korytem rzeki i zamiast skręcić w prawo tak jak biegła droga wyjechaliśmy wprost do Oazy, którą okazała się być końcem naszej podróży na czterech kółkach. Po rozprostowaniu kości, zameldowaniu w pokoju wybraliśmy się na krótki rekonesans i trafiliśmy na... basen :-D Kilka chwil później chłodząc się w basenie zastanawiałem się: "Co poszło nie tak?" Wszak szykowałem się na ostre pedałowanie po piachu pod palącym słońcem Sahary, a tu siedzę w basenie - widać nie taki diabeł straszny jakim go malują.Przygotowania do wyruszenia na pustynię zajęły nam popołudnie i przedpołudnie dnia następnego. Niby nic wielkiego, ale trzeba było spakować samochód suportowy, który miał być naszym zapleczem logistycznym na najbliższe kilka dni. Na jego pokładzie, oprócz naszych bagaży wylądowało kilkanaście zgrzewek wody, zgrzewek wody pod postacią lodu oraz suchy prowiant, którego głównym składnikiem była ugotowana kopa jajek na twardo :-D (Kopa, dla młodszych pokoleń to 60 szt.)

Pierwsze kilometry rowerem po pustyni nie różniły się niczym od jazdy po zwykłej leśnej ścieżce, z tą różnicą że nie było lasu :-) Cała przygoda zaczęła się w momencie, kiedy z relatywnie utwardzonej drogi wjechaliśmy w piach, który wedle logiki osoby, która na rower siada częściej niż w letnie weekendy, powinien nas skutecznie zatrzymać. Natomiast nic takiego się nie wydarzyło - FAT BIKE radził sobie z takim podłożem nader dobrze, a jedyną odczuwalną różnicą był trochę większy opór. Dystans pokonany pierwszego dnia nie był powalający, ale to akurat standard - pierwszy dzień jest na rozjeżdżenie się, poznanie się z terenem, ze sprzętem, a w przypadku Sahary, również z aurą, która łaskawa nie była.... Tzn. zależy z jakiej perspektywy to rozpatrywać - z jednej strony, po jesieni i zimie, każdy marzy o słońcu, jednak pierwsze doznania można by przyrównać do uprawiania spinningu w saunie fińskiej. Zwieńczeniem pierwszego dnia był nocleg na środku pustyni. Środek to oczywiście termin umowny, bo na miejsce noclegu wybraliśmy lekkie zgłębienie w krajobrazie, gdzie oprócz flory, występowała również fauna, w postaci fenka! Czymże jest fenek? No takim połączeniem zająca z lisem i nie, nie ma on zajęczych łapek i ogona lisa, a bardziej lisi tułów i zajęcze uszy - urocze stworzonko. Słońce na Saharze o tej porze roku zachodzi około godziny 20-tej i momentalnie robi się ciemno i to tak ciemno, że z czystym sumieniem (jako osoba, która była w najciemniejszym miejscu w Polsce - nie, nie w kopalni, tylko w Bieszczadach), że nigdy nie widziałem tak rozgwieżdżonego nieba. W tym momencie poczułem, że to było to miejsce którego szukałem - bez zasięgu, bez odgłosów cywilizacji, w którym głowa jest w stanie odpocząć, a dusza zaznać spokoju. Tego dnia zasypiałem w namiocie bez tropiku mając nad głową niebo pełne gwiazd.

Nowy dzień, nowe doznania, nowe przygody : pierwszy zjazd z wydmy skończył, a właściwie zaczął się fikołkiem, po którym wyglądałem jak kurczak w panierce, gdyż piasek przykleił się dosłownie wszędzie gdzie mógł. Na koniec drugiego dnia dojechaliśmy do Berberyjskiego obozu Chegaga, gdzie po przybyciu z gorącą padliśmy w cieniu jak muchy. Temperatura w cieniu wynosiła 39,6 stopnia. Korzystając z faktu że popołudniu odrobinę się zachmurzyło postanowiliśmy pozjeżdżać z wydm - gdy tylko wspięliśmy się na szczyt zobaczyliśmy że nadciąga burza piaskowa. Resztę dnia spędziliśmy w berberyjskim namiocie chroniąc się przed wdzierającym się wszędzie piaskiem. W tym miejscu można by się zastanawiać, na czym może upływać czas, poza zasięgiem w trakcie burzy piaskowej - a no np. na opowiadaniu sobie różnych historii, jak np. ta, którą opowiedziała nam Jagoda: "Kiedyś miałam rybkę bojownika, którą trzymałam w butelce po wódce Chopina" :-D

Kolejny dzień zakończył się w "palmiarni", gdzie przy użyciu diesla z butelki odpaliliśmy przy użyciu korby stary silnik napędzający pompę, dzięki której z pobliskiego zbiornika zrobiliśmy sobie coś na kształt basenu. Aby schłodzić nie tylko siebie ale też zapasy piwa, który ze sobą wieźliśmy wszyscy i wszystko trafiło do basenu, skąd po chwili przez górny odpływ zaczęły wypadać puszki z piwem, co tylko wprowadziło wszystkich w jeszcze lepszy nastrój, ponieważ właśnie odkryliśmy na pustyni zamiast źródła ropy, źródło piwa - Polak to jednak potrafi. Korzystając z okazji chciałem zdementować pogłoski rozsiewane przez jedną z polskich piosenkarek, jakoby nie było wody na pustyni - woda owszem jest! Tylko trzeba wiedzieć gdzie - natomiast chłodna woda z tych studni pozwalała nam chłodzić się na przystankach. Przystanków na pustyni robi się sporo - nie miałem zegarka, bo i po co zegarek na urlopie - ale powiedziałbym że tak co 15-20 minut. Czemu? A bo temu że temperatura w cieniu to jakieś 35°, tylko że w cieniu to się nie jeździ, bo i skąd cień na pustyni :-) Tak więc w pełnym słońcu jedziesz sobie rowerem i to nie szosą po równym asfalcie, tylko fat-bike po czymkolwiek (piasek sypki, piasek gęsty, piasek rzadki, piasek gruby, piasek chudy, piasek kopki, piasek ubity, piasek lotny, piasek nawiany, piasek wywiany - prawie jak w Forescie Gumpie - poznałem wszystkie rodzaje piasku, a do tego są jeszcze żwiry, szutry, kamienie małe, kamienie średnie). No i o co chodzi z tym FAT-BIKEiem? Chodzi o to że to taki rower na szerokich oponach, ale to na takich S Z E R O K I C H - np. ten, na którym jechałem miał oponę 4,6" - czyli 3 razy grubszą niż rower na którym jeżdżę na co dzień. No i to nie wszystko - bo oprócz tego że ta opona jest szeroka, to jeszcze jedzie się na pół flaku 📷:-) Więc jeśli zsumować te wszystkie składowe, to ilość energii potrzebna żeby tym jeździć jest niewspółmiernie większa do tego co potrzeba na normalnym rowerze. Jadąc na Saharę miałem ochotę się wyjeździć - wrócić przynajmniej z 500km na liczniku - po przejechaniu 25 km czułem się jak po przejechaniu 125 km. Ilość wody, którą wlewałem w siebie ni jak miała się do tej, którą wylewałem - wszystko parowało nie wiadomo kiedy i gdzie, a spożycie porównać mogę jedynie do tego podczas większych pożarów, gdzie człowiek jest w stanie wypić kilka litrów wody.

Czwarty dzień zafundował nam najpiękniejsze widoki, opłacone najdłuższą trasą. Wystartowaliśmy około 10-tej - trasa rozpoczynają się przejazdem przez wyschnięte jezioroooooooooooooo i tak przez ponad 30 km :-) I w tym miejscu chciałbym podzielić się z wami dość niezwykłym przeżyciem - jedziesz sobie po powierzchni równej jak stół, brak Ci punktu odniesienia, nie ma żadnej drogi, linii, pasów, słupków - jest jak w wizji Kononowicza - nie ma niczego :-) Do tego nie masz licznika, nie masz zegarka - przez chwilę czujesz się jakbyś zawiesił się w czasie, albo wpadł w jakąś pętlę :-D Po kilkudziesięciu kilometrach ten koszmar się kończy i o dziwo - wyjeżdżamy na krajobraz, który przysiągł bym - widziałem na zdjęciach z Afryki. Płaska góra na horyzoncie, do tego samotne drzewo i Land Rower! Kolejne zaskoczenie jakim uraczyła mnie Sahara. Kolejne kilometry pokazują jednak że to nie Australia tylko całkiem spory masyw górski, który wyrósł znikąd na środku pustyni. Jedną, a właściwie jedyną, atrakcją jaką napotkaliśmy podczas podróżowania wzdłuż tego masywu, była najładniejsza z oaz na jaką trafiliśmy. Niestety tego dnia, nie był to cel naszej podróży - do pokonania pozostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów... Powiedzenie: "Im dalej w las tym więcej drzew" w tym momencie idealnie oddaje atmosferę tej części wyprawy - tego dnia pokonaliśmy już kilkadziesiąt kilometrów, a tu nagle zerwał się wiatr, powszechnie zwany przez kolarzy: "mordewind". Termin może wydać się obcy dla adeptów szkółek żeglarskich, natomiast wiatr ten charakteryzuje się tym, że wieje w przeciwnym kierunku, do tego, w którym się aktualnie zmierza. W tym momencie pojawiły się też krople deszczu, które miało się nadzieje, że przyniosą lekkie ochłodzenie tego upalnego dnia, a były jedynymi kroplami z nieba, które dane nam było doznać przez cały pobyt. Finał trasy został zakończony w lekko haniebnym stylu, gdyż mordewind był tak uporczywy, że skończyło się jazdą za samochodem, które chwile później przeszło w regularne holowanie :-PWstyd i hańba!

Zajeżdżamy do najlepszej, jak zapewnia nasz przewodnik, knajpy w tej części Maroka - po wizycie w komentarzu na Google Maps piszę: "The best food in neigberhood!" i zostawiam 5 gwiazdek. Co dobrego? Może to morderczy dzień sprawił że miałem taki apetyt, ale: Świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, do tego na przystawkę oliwki zielone na pikantnie, plus najlepsze jakie w życiu jadłem czarne oliwki - nie wiem gdzie tkwił ich sekret, ale były lekko miękkawe i miały bardziej wyrazisty słony smak. Na danie główne wjechały frytki domowej roboty - z ziemniaka (a nie torebki) zrobione na głębokim tłuszczu - takie jak się robiło lata temu, gdy nie było jeszcze frytkownic, a frytki robiło się ręczną maszynką, do tego kotleciki mielone chyba z baraniny, ale świetnie doprawione i zrobione na grillu węglowym w akompaniamencie talerzu surówek - marchewki gotowanej, ale na zimno, podobnie jak ziemniaków w tej samej formie, a także buraczków i pomidorów z kolendrą.

Okazuje się, że Kuba i Peru, w klasyfikacji dostępu do Internetu, są dużo dalej za Saharą, na której bez większego problemu jest zasięg 4G (czyżby niedługo wielbłądy stały się częścią sieci IoT?). Wobec powyższego faktu, bez większego problemu udało mi się nawiązać wideokonferencję z tatą, który akurat tego dnia obchodził urodziny. Mnie zaskoczył zasięg na Saharze, ale on to był dopiero zdziwiony z życzeń "na żywo" - małe rzeczy, a cieszą :-D Tego dnia nieszczególnie się nam śpieszyło, tym bardziej, że dzień wcześniej daliśmy sobie odrobinę w kość, przez co nikt nie miał nic przeciwko, że wyjazd będzie trochę późniejszy. No może nawet nie trochę, bo ruszyliśmy dopiero późnym popołudniem i to też nie bez przygód, bo już na pierwszych kilkuset metrach jednemu z Wojtków doszczętnie zeszło powietrze i musieliśmy szukać wulkanizatora. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - upał który zelżał, pozwolił na osiągnięcie całkiem niezłego tępa i po dojeździe do oazy, w której mieliśmy postój dzień wcześniej mieliśmy jeszcze siły na to żeby objechać góry, które dzień wcześniej tylko podziwialiśmy. Niestety takie atrakcje przypłaciliśmy kolejnymi złapanymi kolcami w naszych kołach, co skutkowało tym, że poranek następnego dnia poświęciliśmy na ich łatanie. Tą noc spędziliśmy w oazie, gdzie korzystając z faktu, że jest studnia (jak to w każdej oazie), można było zażyć wieczornej toalety, jak to później stwierdziłem - prysznic w najlepszych okolicznościach przyrody jaki udało mi się wziąć. Resztę wieczoru spędziliśmy przy ognisku i tutaj też nie obyło się bez przygód, bo okazało się, że pień palma jest niepalny! Pomimo tego że dokładaliśmy do ognia przez kilka godzin, skubany nie chciał się zająć, tylko wypalał się nie dając żadnego płomienia i pozostając w tym stanie do samego rana. Z atrakcji tego wieczoru, mogę jeszcze tylko dodać to że w środku nocy nawiedziły nas osły - człowiek z miejskiej dżungli przyzwyczajony jest bardziej do odgłosów syren, niż dzikich zwierząt, więc chwilę nam zajęło, zanim wyrwani ze snu doszliśmy do tego z czym obcujemy.

Ponieważ Foum Zguid był najbardziej oddalonym punktem naszej trasy, więc od dnia poprzedzającego, wg. teorii byliśmy w drodze powrotnej, a mimo tego jechaliśmy zupełnie inną trasą, jednak przejeżdżając przez pewne charakterystyczne punkty, w których już byliśmy - np. restaurację na środku wyschniętego jeziora, gdzie podają najmniejszy berberyjski omlet i zimną Colę :-D Noc tego dnia spędziliśmy w palmiarni, gdzie mieliśmy już okazję wcześniej spać, jednak tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia - o ile bez problemu udało nam się trafić do wioski, w której w pewnym przydrożnym sklepiku kupiliśmy 3 litry diesla do butelek po wodzie, o tyle mieliśmy później problem z odpaleniem silnika, do tego woda przeciekała przez prowizorycznie sklecony rurociąg, a na koniec poziom wody w studni był za mały i po pewnym czasie leciał już tylko muł - niestety niektóre zdarzenia są unikatowe i nie da się ich powtórzyć.

Kolejny dzień upłynął nam na pokonaniu trasy do kolejnej oazy, która już nie robiła takiego wrażenia jak te wcześniejsze, a na całokształt dodatkowo wpływ miał specyficzny zapach, który był wypadkową wielbłądzich ekskrementów, kóz przebywających w oazie, oraz gnijącej wody w studni. Jednak to właśnie miejsce, ze względu na cień, które dawały palmy, wybraliśmy na odpoczynek, podczas którego postanowiliśmy, że to jest właściwy moment na roszadę logistyczną i wymianę Land Rovera, który wspierał nas przez dotychczasowy etap trasy, na Dacię Duster, która dzielnie przywiozła nas z Marrakeshu. Dodatkowym argumentem za takim posunięciem, był fakt że właśnie rozpoczął się ramadan i nie chcieliśmy dłużej zatrzymywać naszego kierowcy, który chciał z tej okazji być z rodziną. W kilka chwil wypakowaliśmy cały ekwipunek, z którym zostałem ja wraz z jednym z Wojtków, a pozostała część ekipy ruszyła w kierunku, z którego kilka dni wcześniej wystartowaliśmy. Godzina była młoda, perspektyw na ten dzień za wiele nie było i nagle czas zwolnił kilkukrotnie - w końcu można się było pobyczyć, poleniuchować, zwolnić obroty i robić nic. Korzystając z tego błogostanu udało mi się zrobić pranie wszystkiego co było do wyprania, wraz etapem prania wstępnego, prania właściwego oraz płukania :-) Na dobrą sprawę, to pranie w takich warunkach można robić każdego dnia, jak też robiliśmy, ponieważ wszystko schnie w kilkadziesiąt minut :-) Wracając jednak do głównego wątku opowieści - cały nasz dobytek, z którym zostaliśmy w tych pięknych okolicznościach przyrody, wyglądał bardziej jakbyśmy byli jakimiś rozbitkami, wyrzuconymi na suchy ląd. W tym momencie poczułem się po raz trzeci jak bohater filmu, tym razem z Tomem Hanksem w roli głównej. Myślę, że przez cały dzień który spędziliśmy w tej oazie byliśmy również niezłą atrakcją dla wszystkich przyjezdnych, którzy przemierzyli kawał pustyni, żeby zobaczyć dziką oazę, a tutaj dwóch białych kolesi, który jeden śpi, a drugi robi pranie: "Samolot do Maroko $, dojazd do granic cywilizacji $$, wynajęcie terenówki z lokalnym szoferem $$$, widok dwóch białasów - bezcenny!" Podczas tego pasjonującego dnia, oprócz prania i udawania atrakcji turystycznej, nakręciliśmy również pilotażowy odcinek programu kulinarnego, ale o tym więcej w oddzielnym materiale, podobnie jak o wizycie pewnego tajemniczego jegomościa o pseudonimie "Rusek", który zaszczycił nas swoją obecnością i umilił nam czas dyskusją po angielsku i to na naprawdę wysokim poziomie.

Kolejny dzień, chociaż się nie zapowiadał dał nam całkiem porządnie w kość zaczęło się od informacji od Jagody, że niestety Dacię Duster pokonał "dust" i nasza część ekipy, która miała przyjechać po pozostawiony ekwipunek zakopała się 12 km od nas. Po krótkich przygotowaniach, zaopatrzeni w ostatnią butelkę wody na głowę wyruszyliśmy na pierwszą Saharyjską akcję ratunkową na rowerach :-D Po dotarciu do naszych poszkodowanych, szybko przystąpiliśmy do udzielania pomocy i po kilku magicznych trikach, które poczyniliśmy udało się odkopać auto! Ten dzień szczególnie zapamiętam, bo większość trasy była dość wyboista i człowiekiem tak telepało, że aż brakuje porównania, żeby to opisać, natomiast kilka chwil po zatrzymaniu, dalej wszystko się trzęsło. Dopiero kilka kilometrów przed miejscowością Tanzguid kamienny koszmar zmienił się szutrową sielankę, po której w słabnących promieniach Saharyjskiego dojechaliśmy na wieczerzę. Jadło bogów pod postacią frytek i surówki pozwoliło nam wykrzesać z siebie jeszcze trochę sil, żeby dla odmiany tym razem po asfalcie dojechać do celu naszej dzisiejszej podróży - Ouled Driss. Co ciekawe specyfika FAT BIKE nie pozwala mu osiągać dużo lepszych prędkości na asfaltowym podłożu więc ostatnie 20km zajęło nam kolejną godzinę, która między innymi upłynęła nam na podjeździe pod przełęcz i zaskakującym zjeździe, podczas którego rower wcale nie miał ochot się rozpędzać :-)Zwieńczeniem tego dnia, w którym przejechaliśmy prawie 93km, był postój w Carrefour des Nomades - hotel prowadzony przez starszego belga, który w dawnych latach również przemierzał Saharę na dwóch kółkach. Klimat tego miejsca był tak dobry, że zostaliśmy w nim aż do wyjazdu i zupełnie bez znaczenia wydawał się fakt, że jest tam basen, smacznego śniadania, świetne kolacje i zimne piwo podczas ramadanu ;-) Zdjęcia nie są w stanie oddać uroku tego miejsca, w którym przez 3 kondygnację w środku rosła sobie palma, do pokoju wlatywały wróble, a na basen było niecałe 3 metry - wystarczyło wyjść z pokoju i najbliższymi drzwiami na taras :-D

Po ciężkim i wymagającym dniu spędzonym nad basenem, gdzie intensywnie zażywaliśmy odpoczynku po pokonanym uprzedniego dnia dystansie, popołudniu wskoczyliśmy na rowery i domknęliśmy saharyjską pętlę z ponad czterystu kilometrami na liczniku. Dzień można zaliczyć do bardzo udanych, bo oprócz radości wynikającej z faktu pokonania tej wymagającej trasy, udało nam się również załapać na tradycyjny tajdzin z kuskusem (kóz z kóz :-P), który serwowany jest wyłącznie w piątki i którego wyjątkowo tego dnia, nie udało nam się pokonać pomimo naszych wilczych apetytów, które dopisywały przez cały wyjazd. Jakie było nasze zdziwienie i nie mniejsza konsternacja, w momencie gdy okazało się że następny dzień to również piątek


:-D No mniejsza z tym - to tylko dowód na to, że na dobrym urlopie, można zapomnieć o czasie!

Ostatni dzień wykorzystaliśmy na wypad na pustynię, pamiątkowe fotki na wydmach, pozbycie się drobnych na jakieś pamiątki, które i tak nie zastąpią przeżyć, które zostaną w sercu i w głowie oraz na relaks nad basenem pod bezchmurnym saharyjskim niebem, które towarzyszyło nam przez ostatnie dwa tygodnie wyprawy. W drogę powrotną ruszyliśmy przed zmierzchem, żeby o 3-ciej nad ranem dotrzeć na lotnisko. Jedyne co wryło mi się w pamięć w tej podróży to audiobook, powieści autorstwa: Liu Cixin, którego lektor podczas odczytywania męczył się chyba bardziej niż ja na tylnym siedzeniu ściśnięty z dwoma współtowarzyszami podróży. Natomiast audiobook, którego słuchaliśmy na początku trasy, wydał mi się bardzo ciekawy i chętnie kiedyś bym do niego wrócił i dokończył, nie zważając na fakt że może wydawać się lekko kontrowersyjny: "W co wierzą Polacy? Śledztwo w sprawie wróżek, jasnowidzów, szeptuch..." Tak czy siak o 3-ciej nad ranem byliśmy na lotnisku, gdzie pozostało jedynie 9h czekania na samolot. Plusem takich wypraw jest to, że wszystko co potrzebujesz masz ze sobą, więc po kilku chwilach, każdy rozłożył w głównej poczekalni karimatę i po kilku chwilach wszyscy spali w najlepsze nie zważając na to co dzieje się dookoła. W ten sposób po wyjechaniu o 19-tej w sobotę i 31h spędzonych w podróży, pokonałem około 5 tys. kilometrów żeby trafić do miejsca, z którego ponad dwa tygodnie wcześniej startowałem, a obecnie piszę tą relację, czując że jeszcze wiele można by napisać, jednak ani słowa, ani zdjęcia nie będą w stanie oddać tego co przeżyłem. Każda wyprawa jest niepowtarzalna i każda uczy czegoś nowego - podróże są jedyną rzeczą na którą wydaje się pieniądze, a wraca się bogatszym! Shukran Jacek Teofil, Jagoda Rutowicz, Wojciech Głąb, Wojciech Krakus za te niezapomniane i niepowtarzalne dwa tygodnie! @unitedcyclistcom

0 wyświetlenia